Terra Australis Incognita wraz z TASMANIĄ
Pobierz program wycieczki Antypody, zanim zostały odkryte, od wieków pobudzały […]
zapisz się
Tasmania to Australia, jakiej wielu podróżników zupełnie się nie spodziewa – chłodna, zielona, surowa i wciąż prawdziwie dzika. Zamiast bezkresnej pustyni znajdziemy tu deszczowe lasy, wysokie wodospady, białe plaże, skaliste zatoki oraz zwierzęta niespotykane nigdzie indziej. Co zobaczyć na Tasmanii podczas pierwszej podróży? Wyruszamy z Hobart przez Bruny Island i półwysep Freycinet aż do ognistego wybrzeża Bay of Fires.
Gdy myślimy o Australii, najczęściej widzimy czerwoną ziemię, rozgrzane słońcem Uluru, nowoczesne Sydney i bezkresne plaże Queenslandu. Tymczasem około 240 kilometrów na południe od kontynentu rozciąga się świat zupełnie inny – chłodniejszy, bardziej zielony i znacznie bardziej tajemniczy. Tasmania pachnie wilgotnym lasem, eukaliptusem i oceanem. Jej brzegi tworzą białe plaże, pomarańczowe głazy, skalne łuki oraz klify wystawione na nieustanne uderzenia fal.
Tasmania jest najmniejszym stanem Australii, ale trudno znaleźć drugie miejsce, w którym na stosunkowo niewielkiej przestrzeni mieściłoby się tyle odmiennych krajobrazów. Jednego dnia można stanąć na górskim szczycie, zejść do chłodnego lasu deszczowego, przespacerować się po niemal białej plaży i zobaczyć wybrzeże zbudowane z głazów pokrytych pomarańczowymi porostami. Odległości są tu znacznie mniejsze niż na kontynencie, lecz droga często prowadzi przez góry, lasy i tereny, na których łatwiej spotkać wombata niż człowieka.
Wyspę zamieszkuje około 576 tysięcy osób, a 50,3% jej powierzchni obejmują różne formy ochrony. Sam obszar Tasmanian Wilderness, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, zajmuje ponad 1,58 miliona hektarów, czyli niemal jedną czwartą Tasmanii. To jedna z największych na świecie stref dzikiej przyrody klimatu umiarkowanego. Liczby robią wrażenie, ale dopiero na miejscu zaczynamy rozumieć, co naprawdę znaczą. Wystarczy zejść z głównej drogi i wejść na leśną ścieżkę, aby po kilku minutach słyszeć już tylko szum paproci, płynącą wodę i pojedyncze głosy ptaków.
Tasmania nie jest jednak pustą, nietkniętą ziemią. To ojczyzna Palawa – Aborygenów tasmańskich, którzy żyją na wyspie od około 40 tysięcy lat. Ich historia jest zapisana nie tylko w stanowiskach archeologicznych, lecz także w samym krajobrazie. Dlatego coraz częściej obok nazw angielskich pojawiają się tradycyjne określenia: Hobart to również nipaluna, Mount Wellington – kunanyi, a północno-wschodnie wybrzeże Bay of Fires nosi nazwę larapuna.
Zwiedzanie Tasmanii najczęściej rozpoczyna się w Hobart. Stolica wyspy jest drugim, po Sydney, najstarszym miastem stanowym Australii. Nie przytłacza jednak rozmachem metropolii. Rozciąga się pomiędzy estuarium rzeki Derwent a masywem kunanyi/Mount Wellington i momentami przypomina spokojne portowe miasteczko.
Najlepszy pierwszy kontakt z Hobart zapewnia wjazd na kunanyi, wznoszącą się około 1270 metrów nad poziomem morza. W pogodny dzień ze szczytu zobaczymy miasto, szerokie ujście Derwent, zatoki, Bruny Island i pasma górskie w głębi Tasmanii. Równie charakterystyczna jak panorama jest pogoda. Na górze może być o kilkanaście stopni chłodniej niż przy nabrzeżu, a wiatr potrafi zmienić spokojny spacer w prawdziwie subpolarną przygodę.
Po powrocie do miasta warto przejść się po Battery Point. Jest to pierwsze przedmieście Hobart i jeden z najlepiej zachowanych zespołów zabudowy kolonialnej w Australii. Niskie domy z piaskowca, niewielkie ogrody i dawne chaty robotników przypominają o czasach, gdy Tasmania nosiła nazwę Van Diemen’s Land. Historia wyspy nie jest tu dekoracją. Towarzyszy nam w nazwach ulic, starych magazynach portowych i budynkach wznoszonych pracą skazańców.

Około 40 kilometrów od Hobart leży Bruny Island, czwarta co do wielkości wyspa Tasmanii. Już krótka przeprawa promem przez kanał D’Entrecasteaux daje poczucie opuszczania dobrze znanego świata. Po drugiej stronie czekają pastwiska, lasy, skaliste zatoki i drogi, na których ruch wyznaczają raczej zwierzęta niż samochody.
Najbardziej rozpoznawalnym miejscem Bruny Island jest The Neck – wąski, piaszczysty przesmyk łączący północną i południową część wyspy. Z punktu widokowego rozciąga się panorama obejmująca dwie zatoki i oba brzegi przesmyku. Okolica jest również ważnym siedliskiem pingwinów małych oraz burzyków cienkodziobych. Pingwin mały osiąga zwykle około 30 centymetrów wysokości, dzięki czemu uchodzi za najmniejszego pingwina świata.
Na południowym krańcu wyspy stoi Cape Bruny Lighthouse. Latarnię po raz pierwszy uruchomiono w 1838 roku, używając oleju z kaszalotów. Jest to druga najstarsza zachowana wieża latarni morskiej w Australii. Przez 158 lat była nieprzerwanie obsługiwana przez latarników, co stanowi najdłuższy taki okres w historii australijskich latarni. Budowla stoi około 114 metrów nad wzburzonym Oceanem Południowym, a prowadzące na balkon żeliwne schody pamiętają czasy, gdy światło latarni oznaczało dla marynarzy różnicę między bezpiecznym rejsem a katastrofą.
Bruny Island ma również bardziej kameralne oblicze. Na trasie Mavista Nature Walk wchodzimy do wilgotnego lasu pełnego paproci drzewiastych i wysokich eukaliptusów. Przy drodze można natomiast natrafić na Bruny Baker Bread Fridge – stare lodówki zamienione w samoobsługowy punkt sprzedaży świeżego pieczywa. Płatność odbywa się w systemie zaufania. To drobny przystanek, ale właśnie takie miejsca najlepiej pokazują niespieszną naturę wyspy.

Niedaleko Hobart znajduje się Richmond, niewielkie miasteczko o zabudowie z piaskowca. Jego symbolem jest Richmond Bridge, wzniesiony przez skazańców w latach 1823–1825. To najstarszy zachowany kamienny most łukowy w Australii, który nadal jest użytkowany. Według lokalnej legendy po moście ma błąkać się duch George’a Grovera, brutalnego nadzorcy z czasów kolonii karnej.
Dalsza droga prowadzi w stronę Eaglehawk Neck – wąskiego przesmyku stanowiącego niegdyś jedyną lądową drogę ucieczki z Półwyspu Tasmana. Aby zatrzymać zbiegłych więźniów, ustawiono tutaj linię agresywnych psów strzegących przejścia. Jeden z najsłynniejszych australijskich zbiegów, Martin Cash, zdołał ominąć posterunek, przedostając się przez wodę.
Dzisiaj jedynym strażnikiem półwyspu jest ocean. To on wyrzeźbił Tasman Arch, Devil’s Kitchen i The Blowhole. Pierwsza z tych formacji przypomina monumentalny kamienny most. Druga jest głęboką rozpadliną powstałą wskutek zawalenia części nadmorskiej jaskini. W The Blowhole fale wciskają się w skalny tunel i przy odpowiednich warunkach wyrzucają wodę wysoko ponad jego krawędzie. Tutaj naprawdę można zobaczyć geologię w ruchu.

Jeżeli mielibyśmy wskazać jeden widok najczęściej kojarzony z Tasmanią, prawdopodobnie byłaby to Wineglass Bay. Zatoka znajduje się na półwyspie Freycinet, w otoczeniu granitowych szczytów pasma Hazards. Jej niemal idealnie zaokrąglona plaża, jasny piasek i turkusowa woda tworzą krajobraz, który z punktu widokowego wydaje się wręcz nierealny.
Trasa na Wineglass Bay Lookout ma 2,6 kilometra w obie strony, a jej przejście zajmuje około 1–1,5 godziny. Podejście jest miejscami strome, ale po drodze przygotowano miejsca odpoczynku. Największe wrażenie robi moment, w którym spomiędzy drzew po raz pierwszy wyłania się cała zatoka. To jedna z tych panoram, dla których warto wcześniej złapać kilka głębszych oddechów.
Sam Park Narodowy Freycinet należy do najstarszych parków narodowych Tasmanii. Utworzono go w 1916 roku, podobnie jak Mount Field. Oprócz Wineglass Bay znajdują się tu mniejsze zatoki, w tym Honeymoon Bay, nad którą różowe granity schodzą niemal bezpośrednio do przejrzystej wody.

Na północno-wschodnim wybrzeżu Tasmanii krajobraz ponownie się zmienia. Bay of Fires przyciąga białym piaskiem, turkusową wodą i granitowymi głazami pokrytymi intensywnie pomarańczowymi porostami. Naturalnie nasuwa się myśl, że nazwa zatoki pochodzi właśnie od ich ognistego koloru. To jednak jedna z najpopularniejszych pomyłek związanych z Tasmanią.
Nazwę Bay of Fires nadał temu wybrzeżu w 1773 roku brytyjski żeglarz Tobias Furneaux. Gdy przepływał wzdłuż brzegu, zauważył liczne ogniska rozpalone przez rdzennych mieszkańców. Ogień widziany z pokładu statku dał początek angielskiej nazwie miejsca. Tradycyjna nazwa tego odcinka wybrzeża brzmi larapuna.
Bay of Fires nie jest jedną zatoką, lecz całym ciągiem plaż i niewielkich zatoczek rozciągających się pomiędzy Binalong Bay a larapuna/Eddystone Point. W wodach można zobaczyć delfiny, a podczas migracji także humbaki i walenie biskajskie południowe. Na lądzie żyją walabie, posumy, nieświszczuki i diabły tasmańskie, choć dwa ostatnie gatunki prowadzą skryty tryb życia.

Diabeł tasmański jest największym żyjącym mięsożernym torbaczem. Jego nazwa nie wynika wyłącznie z wyglądu. Pierwsi europejscy osadnicy słyszeli nocą przenikliwe piski, warczenie i zawodzenie dochodzące z buszu. Dźwięki te przypisali zwierzęciu, które zaczęli nazywać diabłem.
W rzeczywistości diabły tasmańskie unikają ludzi i pełnią ważną funkcję w ekosystemie, usuwając padlinę. Gatunek jest jednak zagrożony z powodu DFTD – zakaźnego nowotworu pyska. Choroba rozprzestrzenia się między zwierzętami podczas gryzienia, które jest naturalnym elementem ich zachowania. Mimo spadku liczebności diabły nadal występują w różnych środowiskach Tasmanii, od wybrzeża po tereny górskie.
W East Coast Natureworld można zobaczyć diabły podczas karmienia i dowiedzieć się więcej o programach ochrony. W rezerwacie żyją również wombaty, kolczatki, kangury, lotopałanki i nieświszczuki. Te ostatnie przypominają nieco nakrapiane kuny, ale podobnie jak diabeł tasmański należą do torbaczy.
Spotkania ze zwierzętami nie ograniczają się jednak do rezerwatów. Na Tasmanii kangury i walabie często pojawiają się na łąkach, wombaty przecinają drogi, a kolczatkę można wypatrzyć przy leśnej ścieżce. Najważniejsza zasada brzmi: obserwować z dystansu, nie dotykać i nie dokarmiać.

Little Blue Lake wygląda jak fragment tropikalnej laguny przeniesiony w środek tasmańskiego lasu. Intensywnie błękitna woda wypełnia dawne wyrobisko kopalni cyny. Kolor jeziora jest pozostałością po działalności górniczej i wynika z wysokiej zawartości minerałów. Miejsce doskonale wygląda na zdjęciach, ale nie jest przeznaczone do kąpieli.
Zupełnie inny krajobraz czeka w Bridestowe Lavender Estate, około 50 minut jazdy od Launceston. Gospodarstwo zajmuje około 105 hektarów i jest uznawane za największą prywatną plantację lawendy na świecie. W pełni kwitnienia, przypadającej najczęściej na grudzień i styczeń, regularne fioletowe rzędy ciągną się aż po horyzont.
Poza okresem kwitnienia nadal można odwiedzić gospodarstwo, zobaczyć jego rozległy teren i poznać proces produkcji olejku. W miejscowej kawiarni podawane są także lawendowe lody. Smak jest delikatny, lekko ziołowy i zdecydowanie mniej perfumeryjny, niż można się spodziewać.
Ostatnim spotkaniem z tasmańską przyrodą może być Park Narodowy Mount Field. Rezerwat Russell Falls utworzono już w 1885 roku, natomiast w 1916 roku Mount Field został jednym z pierwszych parków narodowych Tasmanii.
Najbardziej znanym miejscem parku jest Russell Falls – szeroki, piętrowy wodospad ukryty w chłodnym lesie. Prowadzi do niego krótka i łatwa ścieżka. Można przedłużyć spacer do Horseshoe Falls, a następnie przejść trasą Tall Trees Walk pomiędzy eukaliptusami królewskimi. Drzewa tego gatunku należą do najwyższych roślin kwiatowych świata, a ich pnie przypominają kolumny podtrzymujące zielone sklepienie lasu.
Mount Field pokazuje Tasmanię w najbardziej pierwotnej odsłonie. Powietrze jest wilgotne, kamienie porastają mchy, a światło dociera do ziemi przez kilka warstw liści. Po dniach spędzonych na otwartym wybrzeżu wejście do takiego lasu jest jak przejście do innej strefy klimatycznej.

Układając program wyprawy Terra Australis Incognita wraz z TASMANIĄ, nie chcieliśmy, aby Tasmania była jedynie krótkim dodatkiem do zwiedzania Australii. Przeznaczyliśmy na nią pięć dni, ponieważ dopiero w drodze z Hobart przez Bruny Island i wschodnie wybrzeże do Launceston można zobaczyć, jak wiele różnych światów mieści się na tej jednej wyspie. Każdy dzień odsłania inne oblicze Tasmanii – raz surowe i wystawione na uderzenia oceanu, innym razem zielone, spokojne i niemal baśniowe.
| Dzień | Najważniejsze miejsca |
| 1 | Hobart, kunanyi/Mount Wellington i Battery Point |
| 2 | Bruny Island, The Neck i Cape Bruny Lighthouse |
| 3 | Richmond, Półwysep Tasmana i Wineglass Bay |
| 4 | East Coast Natureworld, Bay of Fires i Little Blue Lake |
| 5 | Bridestowe Lavender Estate i Mount Field National Park |
Zaczynamy od spojrzenia na Hobart ze szczytu kunanyi/Mount Wellington, a już następnego dnia prom zabiera nas na Bruny Island – wyspę latarni morskich, deszczowych lasów i niewielkich zatok. Dalej ruszamy wzdłuż wschodniego wybrzeża, zatrzymując się przy Wineglass Bay, wśród pomarańczowych głazów Bay of Fires oraz w miejscach, gdzie można z bliska poznać diabły tasmańskie, wombaty i kolczatki. Na zakończenie wchodzimy do wilgotnego lasu Parku Narodowego Mount Field, pomiędzy wodospady i eukaliptusy, przy których człowiek czuje się naprawdę niewielki.
To intensywnych pięć dni, ale właśnie taki rytm najbardziej lubimy – pozwalający nie tylko oglądać kolejne miejsca, lecz także zauważać, jak zmieniają się krajobraz, światło i atmosfera wyspy. Tasmania jest dla nas jednym z najmocniejszych punktów całej wyprawy po Australii. Mamy wrażenie, że wielu podróżników przyjeżdża tu zaciekawionych, a wyjeżdża z myślą, że to właśnie na tę wyspę chcieliby kiedyś wrócić.
Tasmania nie próbuje konkurować z Sydney liczbą słynnych zabytków ani z Uluru monumentalnością jednego symbolu. Jej siła ujawnia się powoli: na pustej plaży zauważonej za zakrętem, podczas spotkania z wombatem, w zapachu mokrych paproci i huku fal rozbijających się o klify. To wyspa, której nie tyle się „zalicza”, ile doświadcza wszystkimi zmysłami.
Szczególnie dobrze odnajdą się tutaj osoby, które lubią być blisko natury, chętnie ruszają na piesze szlaki i zamiast kolejnej zatłoczonej atrakcji wybierają miejsca spokojniejsze oraz mniej oczywiste. Dla nas Tasmania jest również doskonałym dopełnieniem Australii kontynentalnej – pokazuje, jak różnorodny potrafi być ten kraj i jak szybko czerwony, rozgrzany krajobraz może ustąpić chłodnym lasom, wodospadom i surowemu wybrzeżu.
Jeśli myślicie o podróży na Antypody, zobaczcie nasze wycieczki do Australii. Jedną z nich jest wyprawa „Terra Australis Incognita wraz z Tasmanią”, podczas której poznajemy zarówno najbardziej charakterystyczne miejsca kontynentu, jak i jego znacznie mniej oczywiste, wyspiarskie oblicze. A co najbardziej pobudza Waszą wyobraźnię: dzikie wybrzeże Tasmanii, spotkania ze zwierzętami czy wędrówki wśród gigantycznych eukaliptusów?
Źródła: UNESCO – Tasmanian Wilderness, Tasmania Parks and Wildlife Service – tereny chronione, Freycinet National Park, Bay of Fires Conservation Area, Mount Field National Park, Discover Tasmania – Bruny Island, Department of Natural Resources and Environment Tasmania – Tasmanian Devil, Australian Bureau of Statistics – populacja Tasmanii.
fot. Costa Karabelas, Mark Direen, Anh Thu Le, Julie Sergeant, Miguel Cuenca, Peter Robinson/pexels